— Ty skurwysynu — zasyczał ledwie dosłyszalnie, odwrócił się i tupiąc ciężko wielkimi, grubymi nogami, zaczął doganiać swoich.

Przez jakiś czas Wadim leżał tak, jak upadł — na plecach, z rozkraczonymi nogami, zgniatany przez fotel, który złożył się w czasie upadku. Potem w jego spojrzeniu pojawił się ślad myśli, Wadim zaczął szybciej oddychać i spróbował przekręcić się na bok, opierając się na łokciu bolącej ręki. Przekręcił się, uwolnił od złożonego fotela i zaczął się czołgać.

Nawet nie próbował wstać. Pełznął na czworakach, jęcząc, sapiąc, tracąc oddech i wpatrując się w jeden punkt — w wiadra z wodą, postawione rano pod dachem namiotu gospodarczego.

Doczołgał się jakoś. Usiadł i zaciskając zęby, zanurzył chorą rękę w najbliższym wiadrze.

— Nic nie powstrzyma energizera… — powiedział w przestrzeń i oklapł, wsłuchując się w swój ból, w swoją rozpacz, w pustkę w swoim wnętrzu i — z bezsilną nienawiścią — w mroczny, aksamitny pomruk luksusowego dżipa cherokee, niespiesznie zawracającego gdzieś tam, za namiotem, na wyboistej drodze.

Dygresja liryczna nr 1

Ojciec Timofieja Jewsiejewicza

Timofiej to dziwny człowiek, który w jakiś niezrozumiały sposób zafiksował się na swoim ojcu — spore pole do popisu dla wytrawnego i wytrwałego psychoanalityka. Ojciec to, ojciec tamto. Umiejętności ojca. Zdolności ojca. Jego zadzierzystość. Jego potęga. Jego zręczność…

Przykład zadzierżystości. Tysiąc dziewięćset, dajmy na to, pięćdziesiąty szósty rok. Kołchoz imienia Antykajnena (gdzieś na Przesmyku Karelskim pod Petersburgiem). Batalion budowlany pod dowództwem, jak sami rozumiecie, ojca rozbiera spichlerz, zachowany jeszcze z czasów fińskich Zasadnicza rozmowa pomiędzy, rozumie się, ojcem i miejscowym brygadzistą: czy żołnierze rozbiorą ten spichlerz w ciągu jednego dnia, czy nie dadzą rady. Przegrany ma wspiąć się na komin i tam, przy wszystkich, za przeproszeniem nasrać. Spichlerz nie tylko został



20 из 261