Ojciec umarł w 1976, podczas zimowego połowu ryb, w pobliżu Kiwgody. Zniosło go razem z krą na otwarte wody i nikt go więcej nie widział…

„W nudnych rozmowach o ludziach przeszłości ukryte są tajemnice ich wielkich dokonań”. Wcale nie jestem tego taki pewien. Skoro już o tym mowa, ja nigdy nie widziałem swojego ojca, nawet na zdjęciach. Może to i lepiej?…

Rozdział 2

Grudzień

Drugi poniedziałek

Jurij Grigorjewicz Kostomarow, zwany „Wariografem Wariografowiczem”

Nocą zaczęła się odwilż — ciekło, kapało, krople bębniły po żelaznych dachach. Topniejące czopy lodowe z nieoczekiwanym łoskotem spadały do wielopiętrowych, metalowych studni rynien. Zrobiło się wilgotno i nieprzyjemnie, nawet w domu.

Przez całą noc przewracał się z boku na bok, budził się i znowu zasypiał, słysząc w półśnie, jak Żanka coś komuś klaruje, szybko i niezrozumiale, chaotycznie i bez związku, a przy tym szczerze i z zapałem. Brzmiało to niczym szmer strumyka wśród zieleni. W rezultacie wstał bladym świtem (nie było jeszcze siódmej) niewyspany, z bólem głowy i zły jak diabli. A przecież czekał go ciężki dzień: trzy kontakty i to z różnymi obiektami, a jeden nawet zewnętrzny.

Najpierw, tak jak było ustalone, przyszedł za kwadrans dziewiąta na róg Małej Basenowej i Lublińskiej (w miejscu, gdzie na ścianie domu od niepamiętnych czasów widniał napis kredą — wielkie litery Ziuganow, Ratuj Rosję). Kupił, tak jak było umówione, lody śmietankowe w wafelku i zaczął niespiesznie jeść, czytając — z własnej inicjatywy — wywieszoną w tym samym miejscu wczorajszą gazetkę „Czasy Pietropawłowskie”. Najbliższa latarnia stała w pewnym oddaleniu, więc wytężając wzrok i męcząc oczy, czytał w tym cholernym półmroku poranka jakieś nieciekawe wiadomości o wykształceniu zawodowym, o targu futer i jeszcze jakieś przedbożonarodzeniowe brednie…



22 из 261