
Cała historia sprowadzała się do tego, że klient dostał dziś w nocy ataku korzonków nerwowych. Wstał, rozumie pan, o piątej rano za potrzebą i tak go zgięło, że z toalety do kanapy trzeba było biedaka nieść na rękach (dosłownie…!) Teraz nie tylko nie może poruszać się o własnych siłach, ale nawet o kulach (kule stoją u nich w domu od niepamiętnych czasów, trzymane na takie właśnie okazje.) Aż trzeba mu było zrobić zastrzyk z diclofenacu i teraz śpi. Proszę sobie nie myśleć, o żadnym niepoważnym traktowaniu obowiązków w ogóle nie może być mowy, to wyłącznie fatalny zbieg okoliczności, można powiedzieć — nieszczęśliwy wypadek…
Oszołomiony i na wpół zdeptany Pracodawca nieśmiało bronił się, mówiąc, że co się stało, to się nie odstanie, czemu się pani tak denerwuje, mój Boże, nic wielkiego się nie stało, niech wraca do zdrowia, zdzwonimy się, proszę mu przekazać najszczersze wyrazy współczucia, nic się nie poradzi, proszę się tak nie denerwować, na Boga… A potem zaczęli szeptać stłumionymi głosami.
Gdy cała ta scena dobiegła końca (zamaszysta dama oddaliła się tak samo gwałtownie, jak nadleciała: zerwała się z miejsca i wzięła szturmem „czwórkę”, która właśnie podjechała, tratując po drodze jakąś nieuważną staruszkę). Nie kryjąc ogromnej ulgi, spoglądając najpierw w lewo, potem w prawo, Pracodawca zaczął iść, powłócząc nogami, w górę ulicy Basenowej, w kierunku stacji metra. Po odczekaniu wymaganych dwóch minut Jurij poszedł za nim krokiem urzędnika spóźniającego się do pracy. Spotkali się w przejściu podziemnym.
— A swoją drogą, dlaczego szeptem? — zapytał Jurij, przypominając sobie stary dowcip o samochodzie generała na rządowej trasie.
