
18.08…W namiocie było ciemno. „Hej, proszę pana!” — zawołałem półgłosem, ale nikt nie odpowiedział. Przykucnąłem i wyciągnąłem rękę. Wymacałem nogę w bucie i potrząsnąłem nią, w miarę możliwości delikatnie. Noga poruszyła się w mojej ręce i znowu zastygła. „Halo!” — zawołałem, już wiedząc, już się domyślając, że jest źle. Mężczyzna w namiocie milczał. Poczułem, ze robi mi się zimno w środku. Człowiek nie oddychał.
Sięgnąłem do kieszeni waciaka i pstryknąłem zapalniczką. Niebieski płomyk drgał na wietrze, ale udało mi się zobaczyć mężczyznę. Leżał na wznak, z rękami ułożonymi bezsilnie wzdłuż ciała i przymkniętymi oczami patrzył na niski sufit. Twarz miał rozbitą, krew zdążyła już zaschnąć, tworząc czarne plamy. Takie same plamy zastygły na jego szerokich dłoniach…
Wadim nie czytał dalej. Poprawił tylko „niski sufit” na „obwisły” i przerzucił kilka stron tekstu.
20.08 Nocą zerwał się huragan. Zgasł prymus, namiotem szarpnęło i poczułem, że coś na mnie spadło. Wyrwało dwa kołki i uniosło stół na wysokość dziesięciu metrów, pokrywkę od rondelka na dwadzieścia, miskę na pięćdziesiąt… Właśnie w tamtej chwili przyszło mi do głowy, że każdy alternatywny wariant historii zawiera więcej entropii społecznej niż ten, który się rzeczywiście wydarzył.
