— Kto to taki? — zapytał Timofiej Jewsiejewicz. W jego głosie był strach.

— Nie wiem.

— To czemu Mahomet pytał, czy oczekujemy gości?

— Nic takiego nie mówił.

— Przecież słyszałem! — zaprotestował Timofiej Jewsiejewicz z nutką histerii w głosie.

Trzech mężczyzn ruszyło od dżipa w stronę obozu. Kilka osób zostało przy samochodzie, ale Wadim patrzył tylko na tę trójkę. A właściwie tylko na tego, który szedł w środku: niewysoki, elegancki, starannie ubrany mężczyzna w szarym garniturze, chyba nawet z laseczką. Stary znajomy. Szedł lekko i energicznie, ale bez zbędnego pośpiechu — w takim tempie, jak miał ochotę, szedł, żeby zakończyć sprawę, rozpoczętą jeszcze w Petersburgu, która wówczas nie została doprowadzona do końca, a teraz potrzebowała szybkiego i efektownego zakończenia. Tak chodzą energiczni, usiłujący się odmłodzić politycy przed obiektywami kamer — zdecydowanie, stanowczo, dobitnie. Wąskie trzewiki błyszczały arystokratycznie w słońcu, zupełnie nie przystając do świata butów z kirzy i brudnych adidasów.

Po lewej stronie mężczyzny, nieco z tyłu, kroczył ogromny mięśniak, wyższy od niego o półtorej głowy, opięty skórzaną kurtką, o okrągłej, łysej albo ogolonej głowie. Wadim nie spojrzał na niego, podobnie jak nie przyglądał się trzeciemu mężczyźnie w brązowo — zielonym drelichu — małemu, z pozoru absolutnie nieszkodliwemu, drobnemu i wąskiemu w ramionach człowieczkowi, z wielką głową w skórzanej czapce.

— Co to za ludzie, nic nie rozumiem… — mamrotał spanikowany Timofiej Jewsiejewicz. — Czemu tam stanęli? Nie mogli podjechać?

— Mruczał coś dalej niezrozumiale.

Trójka mężczyzn szła dość szybkim krokiem i była już bardzo blisko. Znajomy człowiek w szarym garniturze serdecznie pomachał swoją laseczką, która wcale nie była laseczką, lecz czymś w rodzaju wypolerowanego wskaźnika, z którym najwyraźniej rzadko się rozstawał. Jak oficer brytyjski ze swoją szpicrutą.



8 из 261