Potężny nosorożec obszedł namiot gospodarczy z prawej strony i stanął nie wiedzieć czemu obok Timofieja, wznosząc się nad nim jak golem. Teraz już było widać, że faktycznie jest łysy,

z resztkami rudego puchu nad uszami i piegowatym ciemieniem, na którym puchu już nie było. Gębę miał okrągłą i asymetryczną, jakby cierpiał na fluksję.

Mężczyzna w szarym oraz jego drugi towarzysz ominęli namiot z lewej strony i mężczyzna podszedł do Wadima, wołając:

— Dzień dobry, dzień dobry, Wadimie Daniłowiczu! Znowu się widzimy! A pamięta pan, co wtedy mówiłem…?

Wadim patrzył, jak mężczyzna niedbale, z niewymuszoną elegancją siada przy stole (choć nikt go nie zapraszał), zakłada nogę na nogę, rzuca błyski kołyszącym się butem i lśni czarnym, lakierowanym wskaźnikiem z gałką na końcu.

— Ma pan taką minę, Wadimie Daniłowiczu, jakby zapomniał pan, jak się nazywam. A może pan nie zapomniał?

— Nie zapomniałem.

— Doskonale. Porozmawiamy?

— O czym?

— O tym samym. Zapomniał pan?

Wadim dalej milczał.

— Przypomnieć?

Wadim dalej milczał, patrząc na niego spode łba.

Mężczyzna w szarym garniturze uśmiechnął się uprzejmym, niezobowiązującym uśmiechem lwa salonowego, prowadzącego niezobowiązującą rozmowę o pogodzie, polityce lub piłce nożnej.

Drobny człowieczek z wielką głową nie siadał, choć wolne krzesła stały na widoku, tylko oparł się plecami o słup obserwacyjny, w skomplikowany sposób zaplatając chude nogi. Też się uśmiechał, ale jakoś tak z roztargnieniem, jakby myślami był daleko stąd. W połączeniu z wąskimi, wężowymi oczami uśmiech sprawiał dziwne i raczej nieprzyjemne wrażenie. Ręce trzymał w kieszeniach kurtki i przez cały czas poruszał w nich palcami, jakby czegoś szukał albo coś wymacywał.

A łysy nosorożec zawisł nad Timofiejem niczym wstrętna poczwara — nieruchomy, niezgrabny, ogromny, jakby rozdęty od środka. Biedny Timofiej Jewsiejewicz siedział pod nim w kucki, bojąc się poruszyć — rozbiegane oczy z rozszerzonymi źrenicami przypominały zdychające kijanki.



9 из 261