
Podnosząc wzrok na wzgórza ogniowe, Jaxom zauważył, że spiżowy, Lioth N’tona siedzi nos w nos z Wilthem, starszawym, brązowym smokiem — wartownikiem. Ciekaw był, o czym te dwa smoki rozmawiają. O jego Ruthu? O dzisiejszej próbie? Zauważył jaszczurki ogniste, maleńkich kuzynów dużych smoków, zataczające leniwe spirale nad ich głowami. Mężczyźni pędzili intrusie i biegusy z głównych stajni na pastwiska, na północ od Warowni. Z szeregu niewielkich zabudowań stojących wzdłuż podjazdu na Wielki Dziedziniec i wzdłuż skraju głównej drogi na wschód, unosił się dym. Na lewo od podjazdu budowano nowe chaty, jako że wewnętrzne zakamarki Warowni Ruatha uznano za niebezpieczne.
— Ilu wychowanków ma Lytol w Warowni Ruatha, Jaxomie? — zapytał nagle N’ton.
— Wychowanków? Ani jednego, panie. — Jaxom zmarszczył brwi.
Chyba N’ton wiedział o tym.
— A czemu nie? Musisz zapoznać się z innymi ludźmi twojej rangi.
— Och, ja często towarzyszę Lordowi Lytolowi do innych Warowni.
— Dobrze by było, żebyś tu miał kolegów w swoim wieku.
