— Wypełnimy formularz innym razem — skonstatował. — Teraz nie jestem w nastroju.

Rozparł się w fotelu.

— Pozwól, że udzielę ci drobnej rady. My, na Tranai, czujemy, iż jesteśmy całkiem blisko utopii, używając twojego określenia. Jednak nasze społeczeństwo nie jest w wysokim stopniu zorganizowane. Nie posiadamy żadnych skomplikowanych uregulowań prawnych. Nasze życie opiera się na poszanowaniu dla pewnej ilości niepisanych praw, lub też zwyczajów, jeśli wolisz tak to nazywać. Sam dojdziesz do tego, na czym one polegają. Udzielam ci więc rady — choć nie jest to żadne polecenie — żebyś ich przestrzegał.

— Oczywiście, że będę tak robił! — wykrzyknął Goodman. — Mogę pana zapewnić, sir, że nie leży w moich zamiarach narażanie na szwank jakiegokolwiek elementu stworzonego przez was raju.

— Och, nie chodziło mi o nas — powiedział Melith z pełnym rozbawienia uśmiechem. — Brałem raczej pod uwagę twoje bezpieczeństwo. Prawdopodobnie moja żona będzie miała dla ciebie jeszcze inne porady.

Nacisnął duży czerwony guzik na swoim biurku. W pomieszczeniu pojawiła się natychmiast niebieskawa mgiełka. Po jakimś czasie stężała i Goodman ujrzał stojącą przed nim ładną młodą kobietę.

— Dzień dobry, kochanie — powiedziała do Melitha.

— Jest wieczór — poinformował ją minister. — Moja droga, ten młody człowiek przybył tu aż z Ziemi, by zamieszkać na Tranai. Udzieliłem mu zwyczajowej porady. Jak sądzisz, czy jest jeszcze coś, co moglibyśmy dla niego zrobić?

Pani Melith zastanowiła się przez moment, a potem zapytała Goodmana:

— Czy jest pan żonaty?

— Nie, proszę pani — odparł młodzieniec.

— W takim wypadku powinien spotkać się z jakąś miłą dziewczyną — powiedziała pani Melith do męża. — Bycie kawalerem nie jest na Tranai zalecane, jakkolwiek z pewnością nie jest zabronione. Pozwól, że się zastanowię… Co się dzieje z tą ładną dziewczyną państwa Driganti?



11 из 54