
— Jest zaręczona — odpowiedział Melith.
— Naprawdę? Czy aż tak długo byłam w zastoju? Mój drogi, to nie jest z twojej strony zbyt rozsądne.
— Byłem za bardzo zajęty — odrzekł minister przepraszającym tonem.
— A co z Mihną Vensis?
— Nie w jego typie.
— A Janna Vley?
— Znakomicie! — wykrzyknął Melith, mrugnąwszy do Goodmana. — Niezwykle pociągająca młoda dama.
Wyciągnął z biurka nowe pióro, nagryzmolił za jego pomocą adres i podał kartkę Goodmanowi.
— Żona zadzwoni do niej i uprzedzi ją, by jutro oczekiwała na twoją wizytę — powiedział.
— Proszę wpaść do nas któregoś wieczora na kolację — dodała pani Melith.
— Z wielką przyjemnością — odparł kompletnie oszołomiony Goodman.
— Miło było pana poznać — stwierdziła pani Melith. Jej mąż nacisnął czerwony guzik. Znów pojawiła się niebieskawa mgiełka i pani Melith zniknęła.
— Muszę już zamykać interes — stwierdził Melith, spojrzawszy na zegarek. — Nie mogę pracować poza godzinami — ludzie mogliby zacząć niepotrzebnie o tym gadać. Wpadnij któregoś dnia, to wypełnimy te formularze. Konieczne powinieneś skontaktować się również z Najwyższym Prezydentem Borgiem, który urzęduje w Pałacu Narodowym… A może to on się z tobą skontaktuje. Nie pozwól, by ten stary lis zdołał ci coś wcisnąć. I nie zapomnij o Jannie.
Melith w szelmowskim stylu puścił oko do Goodmana, po czym odprowadził go do drzwi.
Po chwili młodzieniec znalazł się sam na tranaiańskim bruku. — Dotarłem do utopii — powiedział sam do siebie — do rzetelnej, niekłamanej, niepodważalnej utopii.
Były jednak w tym wszystkim pewne bardzo zagadkowe szczegóły.
Goodman zjadł kolację w niewielkiej restauracji i zamówił pokój w pobliskim hotelu. Rozradowany goniec hotelowy odprowadził go do pokoju, gdzie Goodman natychmiast wyciągnął się na łóżku. Ze znużeniem przetarł oczy, próbując uporządkować jakoś swoje ostatnie wrażenia.
