— Tranai — stwierdził Goodman. — Na jaką odległość od niej może mnie pan przewieźć?

Urzędnik z ponurą miną wydobył plik biletów.

— Na pokładzie „Królowej Konstelacji” może pan dotrzeć do Legis II, gdzie przesiądzie się pan na „Splendor Galaktyki”, który zabierze pana na Oume. Tam będzie pan musiał zaokrętować się na lokalny gwiazdolot, który po przystankach na Machangu, Inchangu, Pankangu, Lekungu i Oysterze dowiezie pana na Tung-Bradar IV, jeśli nie zepsuje się po drodze. Stamtąd gwiazdoślizg przetransportuje pana przez Galaktyczny Wir (jeśli rzeczywiście dociera aż tak daleko) do Aloomsridgii, skąd wciąż jeszcze kursuje statek pocztowy. W ten sposób będzie pan miał za sobą mniej więcej pół drogi. Potem zaś będzie pan już zdany na siebie.

— Świetnie — odparł Goodman. — Czy mógłby pan jeszcze dziś wieczorem dokonać wszystkich niezbędnych formalności?

Urzędnik skinął głową.

— Panie Goodman — spytał w końcu, zdesperowany — a właściwie co takiego jest na tym Tranai, co tak pana przyciąga?

Goodman posłał mu pełen uszczęśliwienia uśmiech.

— Utopia — odrzekł.


Marvin Goodman przeżył większość swego życia w miasteczku Seakirk w stanie New Jersey, kontrolowanym od blisko pięćdziesięciu lat przez tego lub innego polityka. Większość mieszkańców Seakirk nie reagowała już na powtarzające się przejawy korupcji wśród wysoko i nisko postawionych urzędników, hazard, wojny ulicznych gangów a także pijaństwo nastolatków. Byli przyzwyczajeni do widoku rozpadających się autostrad i szos, do pękających wodociągów, pamiętających chyba jeszcze czasy starożytne, do elektrowni wyłączających co chwila dopływ energii, do starych budynków, w których mieszkali, a które dosłownie rozpadały się, podczas gdy grube ryby budowały sobie coraz większe wille, coraz dłuższe baseny, coraz bardziej imponujące ogrzewane stajnie. Ludzie przyzwyczaili się do tego. Ludzie tak, ale nie Goodman.



3 из 54