Jako urodzony krzyżowiec, Marvin pisywał sążniste artykuły, które nigdy nie były publikowane, prowadził agitację na rzecz uczciwych kandydatów do władz, którzy nigdy nie zostali wybrani, organizował Obywatelską Ligę Postępu, ruch Lud Przeciw Gangsterom, Unię Obywatelską na rzecz Uczciwej Policji, Stowarzyszenie Przeciwników Hazardu, Komitet na rzecz Równych Możliwości Zatrudnienia dla Kobiet i chyba cały tuzin innych.

Z tych wysiłków nigdy nic nie wyszło. Ludzie byli zbyt apatyczni, by zależało im na czymkolwiek. Politycy po prostu wyśmiewali się z niego, a Goodman nie znosił, gdy ktoś się z niego śmiał. Potem zaś, jakby nie dość było jego dotychczasowych kłopotów, narzeczona Goodmana rzuciła go dla hałaśliwego młodego człowieka w sportowej kurtce o krzykliwych barwach, który wolny był od tendencji do zbawiania całego świata, wyjąwszy może zainteresowanie kontrolnym pakietem akcji w miejscowej spółce budowlanej, czyli SBS.

To był druzgoczący cios. Wyglądało na to, że dziewczyna w ogóle nie przejmuje się faktem, iż SBS używa do produkowanego przez siebie betonu zdecydowanie nadmiernych ilości piasku, a także — dla oszczędności — „obcina” całe centymetry z długości stalowych dźwigarów nośnych.

— No dobra, Marvie, i co z tego? — mawiała. — Tak to po prostu jest. Musisz być realistą!

Goodman nie zamierzał być realistą. By powetować sobie doznaną przykrość, udał się natychmiast do baru Eddie’ego „Księżycowa Poświata”, gdzie pomiędzy jednym drinkiem a drugim zaczął kontemplować uroki szałasu z gałęzi, znajdującego się gdzieś w zielonym piekle na powierzchni Wenus.

W tym momencie do baru wszedł wyprostowany starszy mężczyzna o jastrzębiej twarzy. Sądząc po jego chodzie, przystosowanym do grawitacyjnych przeciążeń, bladości jego twarzy, a także bliznach radiacyjnych oraz spojrzeniu przenikliwych szarych oczu, Goodman wysnuł wniosek, iż jest on starym wygą dalekich kosmicznych szlaków.



4 из 54