— Specjalne tranaiańskie, Sam — złożył zamówienie u barmana.

— Już podaję, kapitanie Savage! — odparł służbiście barman.

— Tranai? — wymamrotał bezwiednie Goodman.

— Tranai — potwierdził kapitan. — Nie słyszałeś o niej nigdy, prawda, synu?

— Nie, sir — przyznał Goodman.

— No cóż, synu — oznajmił kapitan Savage. — Czuję, że dzisiejszej nocy chciałbym z kimś odrobinę pogadać, a więc opowiem ci bajeczkę o Tranai Błogosławionej, która leży gdzieś daleko, aż za Galaktycznym Wirem.

Spojrzenie kapitana stało się zamglone, a posępny grymas jego warg złagodził uśmiech.

— W tych czasach byliśmy niczym ludzie z żelaza, podróżujący w stalowych kosmolotach. Johnny Cavanaugh, Frog Larsen i ja polecielibyśmy do samego piekła choćby po pół ładowni terganium. Taaa… i wynajęlibyśmy samego Belzebuba do sprzątania pokładu, gdyby brakowało nam ludzi. Były to czasy, gdy kosmiczny szkorbut zabierał zawsze jedną trzecią załogi, a widmo Wielkiego Dana McClintocka błąkało się po kosmicznych szlakach. Moll Gann wciąż jeszcze zawiadywał barem kosmicznym „Pod Czerwonym Kogutem” na Asteroidzie 342-AA, żądając pięciuset ziemskich dolarów za szklankę piwa i, co ciekawsze, dostawał tyle, ponieważ w promieniu trzydziestu miliardów kilometrów nie było innego miejsca, gdzie można byłoby napić się piwa. Były to czasy, gdy Blaszkorogi wciąż wycinały w pień załogi wszystkich statków, podróżujących w okolicach równika Galaktyki, i statki, które chciały dostać się na Elizję, musiały przedzierać się przez przesmyk w Mgławicy Końskiego Łba. Możesz więc wyobrazić sobie, synu, jak się czułem, gdy pewnego pięknego dnia dotarłem na Tranai.


Goodman z zapartym tchem słuchał, jak stary kapitan malował przed nim obraz dni dawnej chwały, gdy kruche statki podróżowały po stalowym niebie, kierując się w dal, zawsze w dal, ku dalekim granicom Galaktyki.



5 из 54