
Vimes poruszył wargami.
— Złe przeczucia?
— Trafiony.
— A skąd się wzięło to słowo?
Detrytus wzruszył ramionami.
— Może się nazywają od głosu, co się go wydaje, kiedy kogoś trafi tysiąc ton skały.
— Złe przeczucia… — Vimes potarł podbródek. — Tak… Mnie ich też nie brakuje.
Lawiny, myślał. Śnieżne płatki opadają, lekkie jak piórka, i nagle całe zbocze góry się rusza…
Detrytus zerknął na niego chytrze.
— Wiem, co wszyscy mówią — oświadczył. — Weź trzonek noża, to będzie tępy jak Detrytus. Ale ja tam wiem, skąd wiatr wieje.
Vimes z nowym szacunkiem popatrzył na sierżanta.
— Zauważyłeś?
Troll z przebiegłą miną stuknął palcem w hełm.
— To całkiem proste. Widzi pan, komendancie, na dachach wszystkie te małe kuraki, smoki i różne? I tego biedaka na Gildii Złodziejów? Wystarczy na nie popatrzyć. One wiedzą. Nie mam pojęcia, jak to robią, że zawsze pokazują w dobrą stronę.
Vimes uspokoił się nieco. Inteligencja Detrytusa wcale nie była taka niska — jak na trolla. Mieścił się gdzieś pomiędzy głowonogiem a linoskoczkiem. Można jednak mieć pewność, że nie pozwoli, by mu to w czymkolwiek przeszkodziło.
Detrytus mrugnął porozumiewawczo.
— I to mi wygląda jak ten czas, kiedy się idzie i znajduje taką wielką, solidną maczugę, a potem słucha taty, co opowiada, jak to kiedyś pobił krasnoludy, jak jeszcze był mały — powiedział. — Coś krąży w powietrzu, nie?
— Eee… tak — przyznał Vimes.
Coś zatrzepotało mu nad głową. Westchnął ciężko. Przybywała wiadomość.
Gołębiem.
Próbowali wszystkiego innego. Smoki bagienne miały skłonność do wybuchania w powietrzu, chochliki zjadały wiadomości, a semaforowe hełmy nie okazały się skuteczne, zwłaszcza przy silnym wietrze.
