
— Detrytus…
— Tajest.
— Nigdy nie wybieraj się do Klatchu.
— Tajest!
Kolejny mówca ściągnął więcej słuchających. Stał przed wielkim transparentem głoszącym: BRUDNE CUDOZIMSKIE ŁAPSKA PRECZ OD LESHPU.
— Leshp — rzekł Detrytus. — To jest taka nazwa, co się nie wgryzie.
— To wyspa, która w zeszłym tygodniu wynurzyła się z morza — wyjaśnił przygnębiony Vimes.
Słuchali, jak mówca oznajmia, że Ankh-Morpork ma obowiązek chronić swych mieszkańców i obywateli na nowej ziemi.
— Jak to jest, że mają tam mieszkańców, i jeszcze obywateli, jak ona dopiero co się wynurzyła spod wody? — zdziwił się Detrytus.
— Dobre pytanie.
— Wstrzymywali oddech czy co?
— Wątpię.
W powietrzu unosi się coś więcej niż tylko słony zapach morza, myślał Vimes. Krążyły też inne prądy. Wyczuwał je. Nagle głównym problemem okazał się Klatch.
Już od prawie stu lat między Ankh-Morpork i Klatchem panował pokój — a przynajmniej stan niewojny. W końcu były to sąsiednie państwa.
Sąsiedzi… ha! Ale co to oznacza? Straż mogłaby opowiedzieć to i owo o sąsiadach. Tak samo jak prawnicy, zwłaszcza ci naprawdę bogaci, dla których słowo „sąsiad” znaczyło kogoś, kto będzie się przez dwadzieścia lat procesował o pasek ogrodu szerokości dwóch cali. Ludzie żyją obok siebie całe lata, codziennie w drodze do pracy przyjaźnie kiwają sobie głowami, a potem zdarza się jakiś drobiazg i ktoś musi wyciągać sobie z ucha widły.
A teraz jakaś przeklęta skała wynurzyła się z morza i wszyscy zachowują się tak, jakby Klatch pozwolił swoim psom szczekać przez całą noc.
— Aagragaah — powiedział smętnie Detrytus.
— Nie przejmuj się mną, tylko nie pluj mi na buty — odparł Vimes.
— Znaczy… — Detrytus machnął wielką dłonią. — Takie… rzeczy, co one źle pachną… — Urwał, myśląc intensywnie. — Aagragaah. Znaczy, tak jakby, taki czas, jak się widzi te takie kamyki i się zwyczajnie wie, że zaraz spadnie wielka lawina i już za późno, coby uciekać. Taka chwila to aagragaah.
