
— No… w samej rzeczy.
— Mam też wrażenie, że wielu waszych studentów pochodzi, jak się okazuje, z Klatchu i krain z nim sąsiadujących?
— Niedościgniony poziom naszej edukacji…
— Oczywiście. Zatem mówi mi pan, jeśli dobrze się zastanowić, że ich asasyni zajmują się tym dłużej, znają dobrze nasze miasto, a także dzięki wam udoskonalili swój tradycyjny kunszt?
— Eee…
Patrycjusz zwrócił się do pana Burleigha.
— Z pewnością jednak dysponujemy przewagą uzbrojenia, panie Burleigh?
— Ależ tak. Można mówić co się chce o krasnoludach, ale i my produkujemy ostatnio znakomity sprzęt — zapewnił przewodniczący Gildii Zbrojmistrzów.
— No tak. Przynajmniej to daje pewną pociechę.
— Tak — zgodził się Burleigh. Minę miał smętną. — Jednakże w produkcji broni ważny jest pewien fakt… dość istotny fakt…
— Jak sądzę, chce nam pan powiedzieć, że istotny fakt w interesie z produkcją broni to ten, że jest to interes.
Burleigh wyglądał, jakby zerwał się z haka tylko po to, by nadziać się na większy.
— No… tak.
— Że, ściśle mówiąc, broń jest na sprzedaż.
— No… właśnie.
— Dla każdego, kto zechce ją kupić.
— No… tak.
— Niezależnie od celów, dla jakich zechce jej użyć?
Producent sprzętu bojowego zrobił urażoną minę.
— Słucham? Oczywiście. Przecież to jest broń.
— I podejrzewam, że w ostatnich latach bardzo lukratywnym rynkiem był Klatch?
— W zasadzie… Szeryf potrzebuje jej do pacyfikacji odległych regionów…
Patrycjusz wyciągnął rękę. Drumknott, sekretarz, wręczył mu kartkę papieru.
— Wielki Wyrównywacz, samojezdna dziesięciorzędowa 500-funtowa kusza — przeczytał. — I jeszcze, niech znajdę… Meteor, automatyczny miotacz gwiazdek do rzutów, dekapituje na dwadzieścia kroków, zwrot pieniędzy w przypadku niepełnej dekapitacji.
