
— Istotnie — zgodził się i otworzył gruby tom. — Historia miasta Leshp i otaczających go ziem jest nieco mglista. Wiadomo jednak, że znajdowało się nad powierzchnią morza prawie tysiąc lat temu. Zapisy sugerują, że uznawane było za część imperium ankhmorporskiego…
— Jaka jest natura owych zapisów i czy wyjaśniają, kto zajmował się tym uznawaniem? — spytał Patrycjusz. Drzwi otworzyły się i wszedł Vimes. — Ach, to pan, komendancie. Proszę usiąść. Niech pan kontynuuje, panie Slant.
Zombi nie lubił, kiedy mu przerywano. Odchrząknął ponownie.
— Zapisy dotyczące zaginionej krainy pochodzą sprzed kilkuset lat, panie. I oczywiście są to nasze zapisy.
— Tylko nasze?
— Nie bardzo widzę, jakie jeszcze mogłyby mieć zastosowanie — odparł surowo pan Slant.
— Klatchiańskie, na przykład? — wtrącił Vimes siedzący po przeciwnej stronie stołu.
— Sir Samuelu, język klatchiański nie ma nawet słowa oznaczającego prawnika.
— Naprawdę? To szczęściarze.
— Uważamy — oznajmił Slant, odwracając nieco krzesło tak, by nie musiał patrzyć na Vimesa — że nowa ziemia należy do nas prawem Wspaniałego Królestwa, prawem Eksterytorialności, a co najważniejsze, Acquiris Quodcumque Rapis. Jak mnie poinformowano, tym razem to jeden z naszych rybaków pierwszy postawił na niej stopę.
— Słyszałem, że według Klatchian był to jeden z ich rybaków — zauważył Vetinari.
Przy końcu stołu Vimes bezgłośnie poruszał wargami. Zaraz, jak to będzie… Acquiris…
— „Dostajesz, co złapiesz”? — powiedział na głos.
— Nie uwierzymy im chyba na słowo — rzekł Slant, ostentacyjnie ignorując komendanta. — Proszę wybaczyć, panie, ale nie uwierzę, by dumne Ankh-Morpork słuchało poleceń bandy złodziei w ręcznikach na głowach.
