
— Nie, na honor! Najwyższy czas, żeby dać lekcję Rysiowi Klatchysiowi — odezwał się lord Selachii. — Pamiętacie tę zeszłoroczną historię z kapustą? Nie przyjęli ładunku z dziesięciu statków!
— A przecież wszyscy wiedzą, że robaki poprawiają smak — dokończył Vimes, jakby do siebie.
Patrycjusz rzucił mu uważne spojrzenie.
— Otóż to — zgodził się Selachii. — Dobre, uczciwe białko. A pamiętacie, jakie kłopoty miał kapitan Jenkins z transportem baraniny? Chcieli go zamknąć! W klatchiańskim więzieniu!
— To chyba niemożliwe! Mięso jest przecież najlepsze, kiedy zielenieje — rzekł Vimes.
— Zresztą smakowałoby tak samo pod tym całym curry — wtrącił Burleigh. — Byłem kiedyś na bankiecie w ich ambasadzie i wiecie, co mi kazali jeść? Owcze…
— Bardzo przepraszam, panowie. — Komendant wstał. — Muszę pilnie załatwić pewne sprawy.
Skinął głową Patrycjuszowi i szybko wyszedł. Zamknął za sobą drzwi i nabrał do płuc świeżego powietrza, choć w tej chwili z radością odetchnąłby głęboko nawet w garbarni.
Kapral Tyłeczek wstała i spojrzała na niego pytająco. Obok niej leżała gruchająca łagodnie skrzynka.
— Coś się dzieje. Biegnij… to znaczy poślij gołębia do Yardu — polecił Vimes.
— Tak?
— Od tej chwili odwołuję wszystkie przepustki, a wszystkich funkcjonariuszy, ale naprawdę wszystkich, chcę widzieć w Yardzie o… powiedzmy, o szóstej.
— Tak jest. Potrzebny będzie drugi gołąb, chyba że napiszę bardzo małymi literami.
Tyłeczek odeszła.
Vimes wyjrzał przez okno. Przed pałacem zawsze krążyli ludzie, ale dzisiaj był tam… właściwie nie tłum, raczej tylko więcej ludzi, niż się zwykle widziało. Kręcili się. Jakby na coś czekali.
Klatch!
Wszyscy wiedzą.
Poczciwy Detrytus miał rację. Człowiek niemal słyszał, jak spadają kamyki. To nie paru rybaków się pokłóciło, tu chodzi o całe wieki… czego? Coś jakby dwóch potężnych mężczyzn próbowało się zmieścić w małym pomieszczeniu; starają się być uprzejmi, aż pewnego dnia jeden z nich musi się przeciągnąć, a wkrótce potem obaj rozwalają meble.
