
Brzdęknęło, gdy potężna dłoń Detrytusa uderzyła o hełm.
— Tajest!
— Ale… no… nie możecie — tłumaczył pospiesznie Jenkins. — Oni… tego… Oni ukradli też wszystkie papiery.
— Doprawdy? Żeby mogli zwrócić towar, gdyby im nie pasował?
— No bo… Zresztą statek wypłynął. Tak. Wypłynął. Wie pan, muszę jakoś odrobić straty.
— Odpłynął? Bez kapitana? — zdziwił się Vimes. — Czyli dowodzi pan Scoplett? Pierwszy oficer?
— Tak, tak…
— A niech to! — Vimes teatralnym gestem pstryknął palcami. — Ten człowiek, którego wsadziliśmy do celi pod zarzutem Hałaśliwej Nietrzeźwości wczoraj w nocy… Będziemy musieli oskarżyć go też o podszywanie się. Znowu papierkowa robota, normalnie nie można nadążyć…
Jenkins usiłował odwrócić wzrok, ale spojrzenie Vimesa ściągało go z powrotem. Chwilowe drżenie wargi sugerowało, że szykuje ripostę, ale miał dość rozumu, by zauważyć, że uśmiech komendanta jest tak wesoły jak ten, który płynie bardzo szybko w stronę tonącego człowieka. I ma u góry płetwę.
Podjął więc rozsądną decyzję i zrezygnował.
— Ja już… no… pójdę uporządkować… Lepiej pójdę i… tego… — tłumaczył, przepychając się przez tłum.
Ludzie czekali jeszcze chwilę, by sprawdzić, czy nie wydarzy się coś ciekawego. Potem, rozczarowani, ruszyli szukać innych rozrywek.
— Mam iść i obejrzeć mu łódź? — spytał Detrytus.
— Nie, sierżancie. Nie będzie tam żadnego jedwabiu ani żadnych papierów. Niczego nie będzie oprócz aromatu rybich flaków.
— O żeż, ci Klatchianie kradną wszystko, czego się nie przybije, co?
Vimes pokręcił głową i ruszył przed siebie.
— W Klatchu nie mają trolli, prawda? — zapytał.
— Nie, sir. To przez upał. Trollowe mózgi w upale nie działają. — Dłonie Detrytusa postukiwały cicho, kiedy ciągnął je po bruku. — Gdybym żem pojechał do Klatchu, tobym był naprawdę gupi.
