
– Och. Och. Patrz! Ona zaraz… Rozległ się satysfakcjonujący trzask, gdy rozpędzona kula wpadła między kręgle, rozrzucając je we wszystkich kierunkach. Kręgle uderzały o siebie, toczyły się i obracały, aż ostatni z nich upadł w pijanym ukłonie.
– O mój Boże! – Quinn stanęła na palcach wypożyczonych butów. – Widziałeś to? Widziałeś… – Odwróciła się z wyrazem oszołomienia i radości na twarzy i zobaczyła szeroki uśmiech Cala.
– Ty sukinsynu – wymruczała. – Jestem ci winna dziesięć dolców.
– Szybko się uczysz. Może popracujemy nad twoim podejściem do gry?
Quinn podeszła do niego.
– Chyba jestem… wykończona. Ale mogę wpaść któregoś wieczoru na lekcję numer dwa.
– Z radością ci jej udzielę. – Usiedli obok siebie i zmienili buty. – Odprowadzę cię do hotelu.
– Dobrze. Wziął kurtkę i wychodząc, pomachał do chudego chłopaka w wypożyczalni butów.
– Zaraz wracam.
– Jaka cisza – powiedziała Quinn, gdy tylko wyszli na zewnątrz. – Posłuchaj, jak tu cicho.
– Hałas jest częścią zabawy, a cisza nagrodą.
– Chciałeś kiedyś robić coś innego czy zawsze marzyłeś o zarządzaniu kręgielnią?
– Rodzinnym centrum rozrywki – poprawił ją. – Mamy tu salon gier: automatyczny bilard, strzałki, gry wideo i plac zabaw dla dzieci poniżej sześciu lat. Organizujemy prywatne przyjęcia: urodziny, wieczory kawalerskie, wesela…
– Wesela?
– Pewnie. Bar micwy
Naprawdę dobry temat na artykuł, uznała Quinn.
– Pełne ręce roboty jak na jednego człowieka.
– Można tak powiedzieć.
– To dlaczego nie masz żony i nie wychowujesz następnego pokolenia władców kręgli?
– Miłość mnie unika. – Aha.
Pomimo siarczystego mrozu przyjemnie było iść obok mężczyzny, którego krok tak naturalnie dopasował się do kroków Quinn, patrzeć na obłoczki oddechów, łączące się na chwilę, zanim rozerwał je wiatr.
