
O tak, pomyślała, cholerna szkoda.
– Do zobaczenia wkrótce. Cal poczekał, aż zamknęły się drzwi za Quinn, po czym odszedł parę kroków i popatrzył w okna na drugim i trzecim piętrze. Mówiła, że jej pokój wychodzi na Main Street, ale nie wiedział, na którym piętrze mieszkała.
Po kilku chwilach w jednym z okien na drugim piętrze rozbłysło światło i już wiedział, że Quinn bezpiecznie dotarła do swojego pokoju.
Odwrócił się i zrobił już kilka kroków, kiedy zobaczył chłopca, który stał na chodniku kilka metrów przed nim. Nie miał na sobie kurtki, czapki ani żadnej osłony przed lodowatym wiatrem, a jego długie włosy ani drgnęły mimo ostrych podmuchów.
Oczy chłopca lśniły upiorną czerwienią; wyszczerzył zęby, warcząc jak zwierzę.
Cal słyszał ten odgłos w swojej głowie, jednocześnie czując lodowatą kulę w żołądku.
On nie jest prawdziwy, powiedział do siebie. Jeszcze nie. To tylko projekcja, tak samo jak we śnie. Ale nawet we śnie potrafił cię zranić lub sprawić, żebyś odczuwał ból.
– Wracaj, skąd przyszedłeś, sukinsynu – powiedział Cal wyraźnie i tak spokojnie, jak tylko mógł. – Jeszcze nie nadszedł twój czas.
Kiedy nadejdzie, rozszarpię cię na strzępy, ciebie i wszystko, co jest ci drogie.
Usta chłopca nie poruszyły się przy tych słowach, pozostały wykrzywione w dzikim grymasie.
– Zobaczymy, kto tym razem zwycięży. – Cal postąpił kolejny krok do przodu.
I wtedy zapłonął ogień. Wytrysnął spod chodnika i czerwoną strzałą przemknął przez ulicę. Cal rzucił się do tyłu i osłonił dłońmi twarz, lecz nagle zauważył, że z płomieni nie bucha żar, nie bije nawet ciepło.
W jego głowie zadudnił śmiech, nieokiełznany niczym ogień, po czym i jedno, i drugie zniknęło.
Ulica znów była cicha, na chodniku ani na budynkach nie pozostało śladu płomieni. Stare triki, upomniał siebie Cal. Stare sztuczki z kapelusza.
