
Sypialnia była w lepszym stanie niż salon, chociaż też nieco ucierpiała. Pościel była ściągnięta, a materac leżał krzywo. Dwie szuflady biurka były tylko nieco wysunięte. Przeszedłem przez pokój, otworzyłem górną szufladę i zajrzałem do środka.
Wszystko było na miejscu, nawet pieniądze. Podszedłem do stelaża, sprawdziłem but. Zwitek banknotów był tam, gdzie go zostawiłem.
— Dobry chłopak. Rzuć mi to — odezwał się znajomy głos, którego jednak w tej sytuacji nie potrafiłem rozpoznać. Odwróciłem się i zobaczyłem, że z mojej szafy wyszedł właśnie Paul Byler, profesor geologii. W rękach nic nie miał, ale i tak nie potrzebował żadnej broni na poparcie ewentualnej groźby. Był niski, lecz potężnie zbudowany, a mnie zawsze imponowała ilość blizn na jego kłykciach. Australijczyk, zaczynał jako inżynier kopalnictwa w dość podejrzanych miejscach, a dopiero później zrobił doktorat z geologii oraz fizyki i zaczął uczyć.
Zawsze jednak byłem z nim w doskonałych stosunkach, nawet gdy zrezygnowałem ze specjalizacji z geologii. Znałem go towarzysko od kilku lat. Nie widziałem go co prawda przez ostatnie parę tygodni, bo wziął jakiś urlop. Myślałem, że wyjechał z miasta.
A więc: — O co chodzi, Paul? Nie mów mi, że to ty zrobiłeś ten bałagan?
— But, Fred. Podaj mi but.
— Jeśli brakuje ci gotówki, z przyjemnością ci pożyczę…
— But!
Podałem mu go. Stałem i patrzyłem, jak zanurza do środka rękę, maca nią i wyciąga mój zwitek pieniędzy. Następnie parsknął i mocno we mnie rzucił butem i pieniędzmi. Upuściłem i jedno, i drugie, bo trafił mnie w brzuch.
Nim zdążyłem wypowiedzieć krótkie przekleństwo, chwycił mnie za ramiona, obrócił i popchnął na fotel stojący obok otwartego okna z lekko falującymi na wietrze zasłonami.
— Nie potrzebuję twoich pieniędzy, Fred — powiedział wwiercając się we mnie wzrokiem. — Chcę tylko czegoś, co masz, a co należy do mnie. Lepiej odpowiedz mi uczciwie: Wiesz, o czym mówię, czy nie?
