
— Ani trochę — odparłem. — Nie mam nic twojego. Mogłeś do mnie po prostu zadzwonić i zapytać. Nie musiałeś się tutaj włamywać i…
Uderzył mnie w twarz. Niezbyt mocno, tyle tylko, żeby mną wstrząsnąć i żebym zamilkł.
— Fred — powiedział. — Zamknij się. Zamknij się i posłuchaj. Odpowiadaj, kiedy cię pytam. To wszystko. Zachowaj sobie komentarz na kiedy indziej. Śpieszy mi się. Wiem, że kłamiesz, bo byłem już u twojego byłego współlokatora. Hala. Mówi, że ty to masz, bo zostawił to tutaj, kiedy się wyprowadzał. Mówię o jednym z moich modeli gwiezdnego kamienia, który Hal wziął sobie po pokerze w moim laboratorium. Pamiętasz?
— Tak — odparłem. — Gdybyś tylko zadzwonił do mnie i zapytał…
Znów mnie uderzył. — Gdzie on jest?
Potrząsnąłem głową, częściowo, żeby rozjaśnić myśli, a częściowo w geście zaprzeczenia.
— Nie… nie wiem.
Podniósł rękę.
— Zaczekaj! Wyjaśnię ci! Trzymał to, co mu dałeś, na biurku, w pierwszym pokoju, używał go jako przycisku do papieru. Jestem pewien, że zabrał go z sobą razem z innymi rzeczami, kiedy się wyprowadzał. Nie widziałem go od paru miesięcy. Jestem pewien.
— No cóż, jeden z was kłamie, a pod ręką mam ciebie.
Zamachnął się ponownie, ale tym razem byłem gotowy. Uchyliłem się i kopnąłem go w krocze.
Było na co popatrzeć. Było prawie warto zostać i popatrzeć, ponieważ nigdy jeszcze nikogo nie kopnąłem w krocze. Zimny rozsądek nakazywał rzucić mu się potem na kark, póki był zgięty we dwoje, najchętniej dźgając go jeszcze łokciem. Nie znajdowałem się jednak w tej chwili w stanie zimnego rozsądku. Tak zupełnie szczerze, to obawiałem się tego faceta, bałem się za blisko do niego podejść. Mając niewielkie doświadczenie z osobami kopniętymi w krocze, nie miałem pojęcia, kiedy się wyprostuje i na mnie rzuci.
Dlatego też zamiast zostać i stawić mu czoło, wybrałem swój żywioł.
