
W mgnieniu oka znalazłem się po drugiej stronie okna.
Posuwałem się wzdłuż wąskiego występu, aż chwyciłem się rynny, która biegła w dół i znajdowała się w odległości jakichś dwóch i pół metra na prawo od okna.
Mogłem iść dalej w tym samym kierunku, wspiąć się wyżej albo zejść na dół. Postanowiłem jednak zostać, gdzie byłem. Czułem się tu bezpiecznie.
Niezadługo z okna wysunęła się jego głowa i zwróciła się w moim kierunku. Przyjrzał się występowi i zaklął. Zapaliłem papierosa i uśmiechnąłem się.
— Na co czekasz? — zapytałem, kiedy przerwał dla zaczerpnięcia oddechu. — Wyłaź. Może i jesteś o wiele twardszy ode mnie, Paul, ale jeśli wyjdziesz, to do środka wróci tylko jeden z nas. To na dole to beton. Chodź. Gadanie nic nie jest warte. Pokaż mi.
Zaczerpnął głęboki oddech i mocniej ścisnął parapet. Przez chwilę naprawdę myślałem, że spróbuje. Spojrzał jednak w dół, a potem na mnie.
— No dobrze, Fred — powiedział odzyskując swój glos wykładowcy. — Nie jestem aż tak głupi. Wygrałeś. Ale posłuchaj mnie. To co powiedziałem, to prawda. Muszę to odzyskać. Gdyby to nie było takie ważne, nie zrobiłbym tego, co zrobiłem. Proszę cię, powiedz mi, jeśli łaska, czy mówiłeś prawdę.
Jeszcze mnie piekło od jego uderzeń. Nie miałem ochoty być miły. Z drugiej strony model musiał wiele dla Paula znaczyć, skoro tak się zachował, a nie mówiąc mu nic nie zyskiwałem. Więc powiedziałem: — To była prawda.
— I nie masz pojęcia, gdzie on może być?
— Najmniejszego.
— Czy ktoś mógł go zabrać?
— Z łatwością.
— Kto?
— Ktokolwiek. Znasz te nasze imprezy. Trzydzieści, czterdzieści osób.
Skinął głową i zazgrzytał zębami.
— Dobra — powiedział po chwili. — Wierzę ci. Spróbuj jednak pomyśleć. Czy przypominasz sobie coś — cokolwiek — co mogłoby mi pomóc?
Potrząsnąłem głową. — Niestety.
Westchnął. Oklapł. Odwrócił wzrok.
