— Daj mi znać, jak jeszcze coś wymyślisz.

— Dobrze. Ty też?

— Tak.

Ruszyłem do drzwi.

— Na pewno nie chcesz zostać na kolacji? — zapytał.

— Nie, dziękuję. Muszę lecieć.

— To na razie.

— Na razie. Trzymaj się.

Przechodzę obok pociemniałej piekarni.

Na szybach gra nocy i światła. Przeczytałem: CZY CZUJESZ SMAK MOJEGO CHLEBA? Zawahałem się, odwróciłem, zauważyłem, gdzie cienie zrobiły anagram z wyprzedaży wypieków, pociągnąłem nosem i szybko poszedłem dalej.


Kawałki…

Około północy, kiedy wypróbowywałem nową trasę w górę katedry, pomyślałem, że widzę dodatkowego gargulca. Kiedy jednak się do niego zbliżyłem, zobaczyłem, że to profesor Dobson na szczycie przypory. Domyśliłem się, że znów się upił i liczy gwiazdy.

Wspinałem się dalej, aż doszedłem do pobliskiego występu muru, gdzie zatrzymałem się dla odpoczynku.

— Dobry wieczór, panie profesorze.

— Witaj. Fred. Tak, to ty, prawda? Piękna noc. Miałem nadzieję, że będziesz tędy przechodził. Napij się.

— Mam słabą tolerancję — odpowiedziałem — Rzadko sobie pozwalam.

— To szczególna okazja.

— W takim razie chętnie, ale odrobinę.

Przyjąłem podaną butelkę i pociągnąłem łyczek.

— Dobre. Bardzo dobre — powiedziałem oddając butelkę. — Co to takiego? I co to za okazja?

— Bardzo, bardzo specjalny koniak, który chowałem ponad dwadzieścia lat na dzisiejszą noc. Gwiazdy w końcu przebyły ognistą drogę do właściwych miejsc, zawisły z pełną elegancji zręcznością, stanowiąc szlachetne znaki.

— Co pan przez to rozumie?

— Idę na emeryturę, wypisuję się z tego parszywego wyścigu szczurów.

— Och, serdecznie gratuluję. Nic nie słyszałem.

— Taki był plan. Mój. Nie znoszę oficjalnych pożegnań. Jeszcze tylko kilka drobnych spraw do załatwienia i będę gotów do odjazdu. Prawdopodobnie w przyszłym tygodniu.



20 из 179