
— Mam nadzieję, że miło pan spędzi czas. Nieczęsto spotykam kogoś o naszych zainteresowaniach. Będzie mi pana brakować.
Pociągnął z butelki, skinął głową, zamilkł. Zapaliłem papierosa, spojrzałem po uśpionym mieście i po gwiazdach. Noc była chłodna, wiaterek więcej niż tylko trochę wilgotny. Dochodziły do nas ciche, odległe, podobne do brzęczenia owadów odgłosy ruchu ulicznego. Siedzenie konstelacji przerywały mi od czasu do czasu nietoperze.
— Alkaid. Mizar. Alioth — mruknąłem — Megrez, Phecda…
— Merak i Dubhe — powiedział kończąc wyliczanie gwiazd Wielkiej Niedźwiedzicy i zaskakując mnie tym, że dosłyszał i że zna resztę.
— Są tam, gdzie zostawiłem je tyle lat temu — ciągnął. — Mam teraz bardzo dziwne uczucie — postanowiłem je dzisiaj przeanalizować. Czy kiedykolwiek patrzyłeś na jakąś chwilę w swojej przeszłości.
— Która nagle stawała się tak żywa, że wszystkie lata, jakie od niej upłynęły, wydały ci się krótkie, jakby ze snu, bezosobowe? Niczym zrutynizowane westchnienia miłosne? Nie — odpowiedziałem.
— Pewnego dnia, kiedy to ci się przytrafi, pamiętaj — koniak — powiedział, znów łyknął i podał mi butelkę.
Trochę się napiłem i zwróciłem mu ją.
— A jednak te tysiące dni jakoś przeminęły. Pełzanie życia i w ogóle — ciągnął. — Rozum mówi mi, że tak jest, choć co innego temu zaprzecza. Zdaję sobie z tego sprawę szczególnie mocno, bo jestem szczególnie świadom różnicy między tamtymi wcześniejszymi czasami i teraźniejszością. Zmiany się skumulowały. Podróże kosmiczne, podwodne miasta, postęp w medycynie — nawet nasz pierwszy kontakt z Obcymi — wszystkie te rzeczy zachodziły o różnym czasie, przy czym wszystko inne wydawało się nie zmienione. Pełzanie życia. Było ono właściwie takie samo oprócz tej jednej, nowej rzeczy. A potem, kiedy indziej, kolejna. I jeszcze jedna. Żadnej potężnej rewolucji. Był to proces przyrostu.
