
— To dobre uczucie czy złe? — zapytałem.
— Właściwie nie wiem. Nie dobrałem sobie jeszcze do niego żadnej emocji.
— Proszę mi powiedzieć, kiedy się panu uda, dobrze? Zaciekawił mnie pan.
Zachichotał. Ja też.
— Wie pan co, to zabawne — powiedziałem — że nigdy nie przestał się pan wspinać.
Przez chwilę milczał, a potem rzekł: — Co do wspinania się, to jest to dosyć dziwne… Oczywiście, tam, gdzie studiowałem, było to coś w rodzaju tradycji, chociaż lubiłem to chyba bardziej niż inni. Po opuszczeniu uniwersytetu kontynuowałem wspinaczki przez kilka lat, a potem, przy tych wszystkich przeprowadzkach i braku możliwości, stały się one dość sporadyczne. Miałem jednak okresy — właściwie to był przymus — kiedy po prostu musiałem się wspinać. Brałem wtedy urlop i jechałem do jakiegoś miejsca, gdzie architektura była odpowiednia. Noce spędzałem wspinając się na różne budynki, gramoląc się po dachach i wieżach.
— Akrofilia — wtrąciłem.
— Słusznie. Nazwanie zjawiska jednak go nie wyjaśnia. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego to robię. Co prawda w końcu przerwałem wspinanie na dłuższy czas. Może to zmiany hormonalne wieku średniego. Kto wie? A potem zacząłem uczyć. Kiedy usłyszałem o twoich wyczynach, zacząłem znów o tym myśleć. To doprowadziło do pragnienia, do działania, do nawrotu przymusu. Nigdy mnie już nie opuścił. Więcej czasu spędziłem zastanawiając się, dlaczego ludzie przestają się wspinać, niż dlaczego zaczynają.
