I nie radzę wszczynać kłótni,Bo się skończy jeszcze smutniej.Lis do kłótni nie był skory –Poszedł z jajkiem do swej noryI pomyślał, płaczu bliski:"To są właśnie moje zyski."
III
Wilk bogacił się na sklepie,Ryś stał także coraz lepiej.Jeśli chodzi o Mikitę,Ten się trzymał własnym sprytem.Lecz zwierzęta – że wymienięTchórze, jeże i jelenie,Nawet kuny i niedźwiedzie –Wszystkie były w wielkiej biedzie.A tymczasem przyszła jesień,Coraz głodniej było w lesie,Coraz głodniej, coraz chłodniej,Upływały dni, tygodnie,W lesie było brak żywności,Poszły wszystkie oszczędności,A u rysia i u wilkaCeny rosły co dni kilka.Wilk Barnaba siedział w sklepieI zmrużywszy jedno ślepie,Wykrzykiwał: – Głodomory,Opuszczajcie wasze nory,Przybywajcie do mnie tłumnie!Tylko u mnie, tylko u mnieSą kiełbaski i serdelki,I przysmaków wybór wielki!Równocześnie z innej stronyRyś Bazyli niestrudzonyWołał: – Do mnie, chuderlaki!Mam serdaki, mam kubraki,Skórki ciepłe jak pierzynyI zimowe peleryny.Lecz zachęta nie pomoże,Kiedy nędza jest w komorze,Bo kupują ci, co płacą,A kupować nie ma za co.Tak cierpiała knieja cała,Wreszcie miarka się przebrała.Mieszkał w lesie niedźwiedź Błażej.Choć wyglądał nie najstarzej,Szanowały go zwierzęta,Tak jak ludzie – prezydenta.Przyszły tedy do Błażeja:– W tobie cała jest nadzieja!W lesie chłodno, w domu głucho,Daj nam radę niezawodną,Bo Barnaba i BazyliJuż doszczętnie nas złupili.Niedźwiedź w ucho się podrapał,Długo myślał, długo sapał,