Krawcowa, z ustami pełnymi szpilek, zbierała materiał na plecach. Gdy skończyła, skinęła głową z satysfakcją.

– Gotowe. Przyjdź na początku przyszłego tygodnia.

Czy nie dałoby się jej przekupić, by niby przypadkiem poplamiła to żółte paskudztwo kawą albo atramentem? – zastanawiała się Daisy.

– O co chodzi? – spytała krawcowa. – Nie podoba ci się?

Żółty zupełnie nie pasuje do mojej cery.

– Nie martw się. Przy odpowiednim makijażu będziesz naprawdę ładną druhną – pocieszyła ją krawcowa.

– O Boże, tego by jeszcze brakowało! W żadnym wypadku nie zamierzała współzawodniczyć z innymi druhnami, choć było to największym marzeniem jej matki.

– Daisy! – Ginny pojawiła się w drzwiach, a za nią pozostałe dorosłe druhny. Wszystkie były czarnowłose i porywająco piękne. Robert będzie miał wspaniałe pole do popisu, pomyślała Daisy z przekąsem. – Przyszłaś za wcześnie?

– Nie, kochana, to wy się spóźniłyście.

– Och, Boże, rzeczywiście! Byłyśmy u kosmetyczki. Też powinnaś się tam wybrać.

Tę uwagę można było zrozumieć dwojako. Jednak Daisy doszła do wniosku, że Ginny z pewnością nie chciała być uszczypliwa, gdyż złośliwość nie leżała w jej charakterze. Daisy nie miała wiele do zarzucenia swojej cerze, narzekała natomiast na zbyt duży nos i za szerokie usta. Kosmetyczka niewiele mogła tu poradzić.

Do biura wróciła przygnębiona.

– Och, Daisy, już jesteś?

– Owszem, to chyba widać. I prawdopodobnie będzie tu przez resztę swoich dni. Wzięła się w garść; użalanie się nad sobą jeszcze nikomu nie wyszło na dobre.

– O co chodzi, George? Ostrzegałam, że mogę się spóźnić.

– Naprawdę? – George Latimer dobiegał siedemdziesiątki i choć mało kto mógł równać się z nim wiedzą na temat sztuki orientalnej, jego pamięć pozostawiała wiele do życzenia.



11 из 116