
– Byłam u krawcowej – przypomniała mu Daisy.
– Chyba byłaś także na lunchu z Robertem Furnevalem? – spytał z zadumą w głosie.
Daisy odwróciła się zdziwiona. Była pewna, że nie wspominała o spotkaniu z Robertem…
– Skąd wiesz?
– Ubranie cię zdradza, moja droga – wyjaśnił szybko George. – Jesteś dziś od stóp do głów spowita w coś burego. Boisz się, że jeśli odsłonisz nieco swoje wdzięki, Robert rzuci się na ciebie? Wybacz, ale odniosłem wrażenie, że większość młodych kobiet byłaby tym zachwycona.
Jej udawane zdziwienie nie wyprowadziło George'a w pole. Może chwilami miewał kłopoty z pamięcią, ale jego spostrzegawczości nic nie można było zarzucić.
– Nie wiedziałam, że znasz Roberta – powiedziała, ignorując pytanie.
– Spotkaliśmy się kiedyś przelotnie. Znam natomiast jego matkę. Urocza kobieta. Wiesz zapewne, że jest autorytetem w dziedzinie sztuki japońskiej. Gdy usłyszała, że szukam asystentki, zadzwoniła do mnie i zasugerowała, bym cię zatrudnił.
Daisy aż usiadła z wrażenia.
– Nie miałam o tym pojęcia. – Jennifer Furneval zawsze była dla niej uprzedzająco miła, zupełnie jakby współczuła chudemu podlotkowi, który kręcił się wokół jej syna w nadziei, że zostanie zauważony. Nigdy nie dała po sobie poznać, że zna prawdziwy powód zainteresowania Daisy sztuką orientalną. Wprost przeciwnie, pożyczała i polecała jej różne książki, które stanowiły doskonały pretekst do odwiedzania domu Furnevalów. Również ona namówiła Daisy na studia na wydziale historii sztuki.
Daisy przestała przychodzić, by spotkać choć w przelocie Roberta, od chwili gdy zobaczyła go całującego się z Lorraine Summers…
Miała wówczas szesnaście lat i była niezgrabnym podlotkiem z kościstymi kolanami i łokciami oraz burzą jasnych włosów, które nie poddawały się żadnym fryzjerskim zabiegom. Podczas gdy wszystkie jej przyjaciółki przeistaczały się w piękne łabędzie, ona nadal pozostawała brzydkim kaczątkiem.
Jednak nie przejmowała się tym wówczas, ponieważ owe wdzięczące się do Roberta ślicznotki były o wiele za młode, by wyłudzić od niego coś więcej poza pobłażliwym uśmiechem. Tymczasem ona nie robiła do niego słodkich oczu i nigdy mu się nie narzucała. Mogła godzinami przyglądać się, jak łowił ryby. To w zupełności wystarczało jej do zupełnego szczęścia.
