
Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam. Nie, powiedziałam Ewie, lekceważąco, że to dawno i już nieważne. To ona nauczyła mnie z powrotem nie bać się dotyku mężczyzny i ona, na koniec, z powrotem to zniszczyła, byłam tylko kolejną jej ofiarą.
Usiłowałam to odbudować, weszłam w świat mężczyzn, w karate, gdzie jedynym dotykiem było kopnięcie czy cios ręką. Już się tego nie bałam. Wtedy przestałam się bać ciała drugiego człowieka.
To milczenie ojca było wobec mnie takie okrutne. Nigdy mnie nie przeprosił. Nie jesteś moim ojcem, Tadeuszu, nie jesteś. To ojciec traktował mnie jak śmierdzące gówno.
Po sześciu dniach ciężkiej pracy autoanalitycznej zdjęłam z Tadeusza projekcję ojca. Teraz zrozumiałam, dlaczego milczałam wobec niego przez trzy lata naszej znajomości. Widziałam w nim „niemego” ojca, który jest surowy i ocenia, któremu nie mogę zaufać, bo mnie „skrzywdził".
Tadeusz pierwszy do mnie przemówił i mogłam mu odpowiedzieć. Odczułam ogromną ulgę, że nie jest moim „ojcem”, stał się przyjacielem, wobec którego mogłam się obnażyć, opowiedzieć życie na tyle, na ile pamiętałam, i w jakim momencie prawdy o sobie byłam.
Pierwszy krok, chyba najtrudniejszy, został zrobiony. Oto zwierzałam się prawdziwemu przyjacielowi, który chciał mnie wysłuchać, nie potępiał i radami podprowadzał na właściwe tory. W gąszczu ścieżek do nieświadomości mogłam zgubić się całkowicie, lecz on czuwał i wiedział, że odnalazłam furtkę do swego wnętrza.
7 lutego przyjechała do mnie Kasia, jedyna osoba, z którą nie zerwałam kontaktu listowego i zrobiłam pierwszy pozytywny gest wobec siebie – ofiarowałam się w przyjaźni, opowiedziałam jej w skrócie, co się ze mną działo przez ostatnie miesiące. Nie opowiedziałam historii mego życia, dla mnie samej była ona mglista.
Wyznałam prawdę o schizofrenii, skamienieniu, bezmiłości, przegranej rodzinie, kiedy dziecko nie jest superdzieckiem i nie może spełniać oczekiwań rodziców i żyć według ich wyobrażeń.
