
Prześladowała go ta plama na honorze. Pochodził z dość awanturniczej rodziny, której niejeden członek w swoim czasie mijał się z prawem, więc był szczególnie uczulony na punkcie uczciwości i prawości. Był również człowiekiem o wielkiej dumie osobistej.
A teraz jest bliski bankructwa. Niespodziany spadek stwarzał szansę wyjścia z trudnej sytuacji, ale nie o takie wyjście chodziło Mike'owi. Nie chciał niczego, co nie było owocem jego własnych wysiłków. Ponadto obawiał się, że podatek spadkowy, pensja dozorcy i remont wymagać będą mnóstwa gotówki, której przecież nie miał, i że wszystko to pochłonie zbyt wiele cennego czasu, potrzebnego do poszukiwania posady. To przeklęte domiszcze, położone nad jakąś rzeką w Indianie, stwarzało tylko dodatkowe problemy.
– Mike, to nie do wiary!
Odwrócił się gwałtownie, ale mignęło mu tylko spojrzenie rozgorączkowanych oczu. Dziewczyna przebiegła przez hol jak strzała.
Zmarszczył brwi i oparł się o ścianę. Był zmęczony. Tylko tego brakowało, żeby ta nieszczęsna Maggie zakochała się w starym domu. Denerwowała go. Była jak bajecznie kolorowa plama na tle szarzyzny jego obecnych dni.
Nie chciał koloru. Nie był mu potrzebny. W gruncie rzeczy miał tylko jedno pragnienie: żeby mu dano święty spokój.
Maggie odsunęła pasmo włosów z policzka. Usiłowała obiektywnie patrzeć na ten dom, ale to było po prostu niemożliwe. Z holu na piętro prowadziły szerokie drewniane schody. Tam znajdowała się duża bawialnią i druga, mniejsza, ponadto biblioteka i jeszcze kilka pokojów. Wszystkie rozdzielone były rozsuwanymi, wysokimi drzwiami. Wszędzie wisiały długie pajęczyny, podłogę pokrywał niemal centymetr kurzu.
