– Ale kochałaś go, prawda? – zapytał Mike cicho.

– Uwielbiałam.

Istniały tematy, których Maggie prawie nigdy nie poruszała. To był jeden z nich.

List Dziadziusia miała w torebce. Znała go prawie na pamięć.

Sprzedałbym posiadłość już wiele lat temu, gdyby nie pewna rudowłosa dziewczynka o zielonych i nazbyt poważnych oczach, która lubiła wdrapywać mi się na kolana i wysłuchiwać moich starczych opowieści. Ty i ja, Maggie, jesteśmy ostatnimi ludźmi, którzy wierzą w cuda i skarby. Ten dom jest jednym z nich. Czeka na ciebie, dziewczyno. Jest twój.

Jako mała dziewczynka Maggie wierzyła w cudowną moc niektórych miejsc, w magię tęczy i w Dziadziusia… niekoniecznie w tym porządku. Teraz, w wieku lat dwudziestu pięciu, była, oczywiście, starsza i mądrzejsza. Lecz list dziadka rozgrzewał jej serce i przypominał ten okres życia, kiedy wierzyła, że niebo jest nad nami na wyciągnięcie ręki, że wystarczy ją wyciągnąć, by go dosięgnąć, że świat jest wspaniały i że nie ma nic piękniejszego ponad letni, upalny, trochę wietrzny dzień.

Nie wierzyła już wprawdzie w cuda i na myśl o spadku, jaki zostawił dziadek, przechodziły ją dreszcze niepokoju, chociaż żywiła także nadzieję, że być może dzięki niemu odzyska jakąś cząstkę utraconego dzieciństwa.

Na drodze nie napotkali wielu samochodów. Warunki atmosferyczne skutecznie odstraszały kierowców. Śnieg ogarniał wszystko białą szatą, trudno było odczytywać znaki drogowe. Maggie z każdym przejechanym kilometrem oddalała się jak gdyby od swojej codzienności, od wszystkiego, co bezpieczne i dobrze znane. Narastała w niej nieokreślona nadzieja, zmieszana z lękiem i dziwnym podnieceniem. Czyżby u celu podróży czekało ją coś niezwykłego i bardzo miłego?

Po dwu godzinach jazdy Mike skręcił z szosy w boczną, gorzej oświetloną i znacznie trudniejszą drogę. Ogarnęły ich głębokie ciemności, rozjaśniane tylko bielą płatków śniegu.



7 из 104